26 sty 2016

Królimiś

Wrzucam posty w takim tempie że aż się kurzy :) . Dzisiaj taki mały słodziaczek zrobiony w sumie przez przypadek. Przeglądałam jakiś czas internet i trafiłam na wiele ciekawych pomysłów jak zrobić maskotkę ze....skarpet. Tak, tak. Ze skarpet. Nie wiadomo w sumie co to: królik, pies czy osiołek bo różne były wersje w zależności od tego, kto go oglądał.

Jako, że miałam niezniszczoną parę skarpet, która jakoś dziwnie się po praniu skurczyła o połowę, to postanowiłam zrobić eksperyment. Mój syn z wielkim zainteresowaniem śledził moje poczynania i stwierdził, że on chce jako prezent urodzinowy tego jak to nazwał: "Królimisia". No to dostał te odrobinę pękate sympatyczne stworzonko z krótkimi nóżkami i teraz z nim śpi. Królimiś ma też wybrane przez niego guziczki. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak tylko uszyć coś trzeciemu szkrabowi bo reszta już ma. Już nawet mam pomysł.

A oto i pan Królimiś we własnej osobie:








25 sty 2016

Kotecek

Styczeń jest dla mnie wyjątkowo twórczy. Po letargu, w jaki wpadłam w zeszłym roku i niespiesznym tworzeniu, od początku tego roku wstąpiły we mnie nowe siły. Może to z powodu klujących się w mojej głowie planów? Na zmianę wiercę i szyję.

Tym razem będzie znów o szyciu. W poprzednim poście napisałam, że pierwsza maskotka czeka na obfotografowanie. Wypełnienie przyszło kurierem i zajęło sporo miejsca-musiałam wynieść 2 paczki do piwnicy. Za łóżkiem wcisnęłam trzecią, która będzie "na bieżąco". Maskotka powstała przez to, że moje dzieciaki wypatrzyły w jednym ze sklepów szyte koty i bardzo ich zapragnęły. Szkoda mi było wydawać pieniędzy wiedząc, że być może uda mi się za jakiś czas coś takiego uszyć i powiedziałam, że zrobię im na próbę jednego. No to stało się i spod maszyny wyszedł kotek zrobiony z błękitnego mięciusiego polarka. Został zaadaptowany przez jednego z synów i stał się przytulanką do spania i taką do chodzenia "pod pachę" w domu. Jak Wam się podoba? W kolejce do publikacji czeka już następna przytulanka. Tym razem mały sympatyczny eksperyment ale o tym w kolejnym poście.




20 sty 2016

Szyte serducha

Coraz bardziej wciąga mnie szycie. Z bólem patrzę na pudełka z koralikami i inne tam takie bo choć pewnie nie zarzucę do końca innych technik, to jednak idą one na szary koniec. Chcę się w końcu trochę wyspecjalizować. Tykwy i szycie tak już chyba będzie- moje główne zajęcie. Skoro mowa o szyciu, to uszyłam przed Świętami takie serducha do powieszenia. Co prawda teraz uważam, że powinny mieć nieco krótsze te połączenia, to jednak bardzo się z nich cieszę. Fajnie to wygląda. Po raz pierwszy tak lekko szyło mi się okrągłe rzeczy. Kolejne umiejętności zdobyte! W kolejce do fotografa leży też pierwsza maskotka, która jedynie czeka aż poczta dostarczy zamówione wypełnienie. Coś czuję że na tym się nie skończy. Poniżej pierwsze serducha.


18 sty 2016

Upragniony "Lepszy model"

Nie, nie chodzi o męża. Nie mam zamiaru wymieniać swojej drugiej połówki... nigdy :-). Nikt nie jest idealny, ja też, a 10 lat małżeństwa już prawie za nami i czekam na kolejne 10 i 10 itd. 

Wymarzony prezent, to również nie zaproszenie do SPA, całodniowa wizyta u kosmetyczki itd. 
Ten wpis najlepiej zrozumieją kobiety, które tworzą rękodzieło i swoje oszczędności inwestują właśnie w tą pasję a nie np. na nową suknię. Piękną sukienkę niedawno zakupiłam więc po co mi kolejna w tak krótkim czasie?

Upragniony "lepszy model", to prezent kupiony za pieniądze, które dostałam na urodziny. Od roku czekałam na nie i na to, żebym mogła zainwestować w lepszy sprzęt. Co to za sprzęt? Aaa, jako że tykwomania zagościła już u mnie raczej na dobre, postanowiłam kupić nowe uniwersalne sprzęcicho, zainwestować w rozwój.
Przy niedokładnym drgającym sprzęcie nie można iść dalej. Dziś przyszła paczuczka i moje cacuszko zostało odpakowane i przetestowane nawet z wiertłami dentystycznymi.
Przedstawiam nowiutkiego nieśmiganego Dremelka 4000 wraz z osprzętem (no już trochę pośmigany :-) ). Po początkowych próbach na tykwie po lewej, która i tak źle zdrewniała, zabrałam się za tykwę po prawej robiąc już dokładne szlify pod kolejną lampę. Wreszcie mogę odkrywać nowe horyzonty. Jejciu ależ jestem podekscytowana! Jako że już było późno, musiałam niestety Dremelka odłożyć z wielkim bólem i  poczekać na jutro, żeby się z nim znów spotkać. A pomysłów mam już na kilka kolejnych rzeczy.
Praca z tykwami, jak widać na zdjęciu poniżej, związana jest z pyłem. 



Poniżej nie do końca dokładne próby na tykwie.



Połamane drzewa i co z tego wynikło

W dzisiejszym poście będzie mała zbieranina różnych różności.

Punktem wspólnym jest drewno. Pierwszym jest gałąź wierzby  mandżurskiej. Drzewo to ma niesamowity przyrost roczny poskręcanych gałęzi w związku z czym trzeba je regularnie i dość mocno przecinać bo inaczej wygląda jak rozczochrana. Z takiej to wierzby trafiły do mnie gałęzie. Jedna czekała aż 1,5 roku w kącie balkonu aż wymyślę co z nią zrobić. Przy okazji robienia choinek z papieru wpadłam na pewien pomysł: gałąź zalałam w doniczce gipsem budowlanym i pomalowałam białą farbą. Dzięki temu powstała ciekawa ozdoba. Jako że jest zima i okres okołoświąteczny, ozdobiłam ją różnymi przedmiotami: serduszkami, które dostaliśmy w prezencie oraz zrobionymi własnoręcznie: białymi i niebieskimi cotton balls, złotą i srebrną gwiazdą z rolek po papierze toaletowym oraz małymi szyszkami, które wykonałam...ze starych nasion tykw pomalowanych na złoto (w końcu nic nie może się zmarnować). Zawisły na niej również lampki LED ale niestety zawiodłam się na nich bo dają tragicznie słabe światło- w zasadzie widać je tylko odrobinę wieczorem. Ciekawe ile ludzi nabrało się na ten rodzaj lampek za kilka zł.. Jak przyjdzie Wielkanoc powieszę na tej gałęzi inne ozdoby a w ciągu roku też coś na niej zawiśnie. 



 Kompozycję zgłaszam na wyzwanie do Klubu Twórczych Mam pt.: "Ogród zimowy".

Następnym kawałkiem drewna, które czekało na pomysł około pół roku, był kawałek kory, który zabrałam do domu, gdy na wiosnę była wichura i połamało wielkie drzewo w parku. Ponieważ nie przyszło mi nic innego na myśl, tylko zawieszka, obcięłam nierówne ostre krawędzie i pomalowałam.


Na koniec też coś w temacie drewna, a mianowicie zdrewniałe tykwy. Tyle na razie wyschło. Po lewej widać te nieoczyszczone, po prawej już po kuracji upiększającej. Niestety choć wysiałam je dość wczas  i miały dużo czasu, wiele z nich ma bardzo cienką skorupę nie wiedzieć czemu. Czekam jeszcze na wyschnięcie największych okazów. Ale i tak już wiem, że będę musiała zaopatrzyć się od kogoś innego w kilka tykw.




12 sty 2016

Poświątecznie bombkowo itp

Obiecałam, że nadrobię, to nadrabiam resztę zaległych Świątecznych choć poświątecznie. Zanudzać nie będę opisem bombek, bo jakie są, każdy widzi. W każdym razie miałam mały wysyp. Zatem większość bombek to bombki z tasiemek ale w tym roku pokusiłam się również o zrobienie bombek ze sznurka. Na przyszłe Święta porobię je również, bo to fajna rzecz. Mam już też pomysł na podobne ozdoby tylko że jaja Wielkanocne. Na koniec kilka fotek wieńców leżących i wiszących - dwa z nich ozdabiają nasze drzwi i okno.




Dzwoneczek:









  Fluffy :-) :



Mój zielony ulubieniec:











6 sty 2016

Choinki poświątecznie

Nie zdążyłam przed Świętami, to pozwolę sobie pozasypywać Was hurtem zdjęciami ozdób świątecznych przygotowanych przeze mnie na tę okazję. Po czasie co prawda ale nie może być, że nic na Święta nie robiłam. W kolejnych postach znajdą się jeszcze bombki i wieńce.

W tym poście będą choinki. Spodobał mi się pomysł upcyclingu niepotrzebnych już czasopism i gazetek. Do tego przydały się również chomikowane pudełeczka po ciastolinie moich dzieci. Odkąd bawię się w rękodzieło, uprawiam zbieractwo wszelakie, bo "przyda się na coś.." i nigdy nie wiem, kiedy to bliżej niekreślone"kiedyś" nastąpi. Staram się korzystać z zasobów, bo przecież szafki i pudełka pod łóżkiem też mają swoją ograniczoną pojemność. Mój Połówek dostarczył mi gipsu z czeluści piwnicy, pozbierałam przeterminowane gazetki i zrobiłam takie oto choinki. Niestety dwóch nie zdążyłam obfotografować, bo znalazły swoich właścicieli przed sesją.
Jedna była taka sama jak numer 4 tylko, że złota, druga podobna do 3 tylko, że srebrna z czerwono-zielonymi kokardkami.

Pobawiłam się również w papierową wiklinę. I tu też nie wszystkie choinki zdążyłam sfotografować. Mają różne wysokości i z pewnością do papierowej wikliny jeszcze wrócę, chociaż kto sam robił rurki ten wie że to najgorsza część całej roboty.

1. Złoto-czerwona wysoka


2. Złoto-zielona


3. Fioletowo-różowa 


4. Zielona z jutą


5. Zielona wysoka


6. Srebrno-niebieska wysoka


7. Razem 1,5 i 6


8. Papierowa wiklina PW fioletowo-złota


9. PW fioletowo-czerwona


10. PW Srebrna wysoka


11. PW Srebrna niska


 12. PW złota wysoka


13. PW złota niska


3 sty 2016

Nadrabiam posty- Kalendarz Adwentowy

Pod koniec zeszłego (już) roku wiele się działo w mojej pracowni. Spieszyłam się z prezentami, z pracami na kiermasz Świąteczny i zaniedbałam blog...znowu. Wrzucam zatem post, który powinien pojawić się w zasadzie w Adwencie ale się nie pojawił. 
Zrobiłam naszym dzieciakom kalendarz adwentowy. Spóźniłam się z jego realizacją i niestety nie dostały go od razu 1 XII. Jako że mamy z Połówkiem trójkę dzieci, to co roku po pokoju walały się po 3 albo nawet i 6 sztampowych czekoladkowych kalendarzy. W zeszłym roku...o zgrozo, dzieci nie dość że dostały po 1 od nas, to jeszcze od jednych i od drugich dziadków zatem miały po 3 kalendarze na łebka! Koszmar!  Trzeba było razem z nimi jeść te wątpliwej jakości czekoladki.
Przerażała mnie wizja naszych dzieci wcinających po kilka czekoladek dziennie. Na samą myśl mnie samej mdliło. 
W tym roku postanowiłam zatem, że zrobię im w tym roku sama kalendarz, który będzie pięknie się prezentował, każdego dnia dostarczy im nowych emocji i będzie wielorazowego użytku.
Przy okazji tej pracy musiałam się przekonać do wyrzynarki, bo męża pod ręką nie było, a musiałam dociąć płytę i listwy na ramkę. Okazało się, że "nie taki diabeł straszny..." i nawet że to fajny sprzęt. Ale zanim dorwałam się do wyrzynarki, przez wiele dni planowałam jak będzie wyglądał kalendarz, jakie i jakiej wielkości zrobić kieszonki, coby pomieściły po trzy słodkości na raz (po 1 szt. na łebka). Potem poszła w ruch maszyna do szycia, która całkowicie zawładnęła moim sercem i tak uszyłam 24 takie same torebki. Potem opisane wcześniej wyrzynanie, malowanie płyty i lakierowanie na srebrno listew i trochę innej roboty i tak powstał kalendarz, który zawisł na drzwiach dziecięcego pokoiku. W sklepie zakupy i...mogłam z wielką radością patrzeć co dnia jak dzieciaki ledwo otwarły oczy, pytały czy mogą już zobaczyć, co tam jest dla nich w następnej kieszonce, a w każdej były różne słodkości: cukierki, czekoladki, żelki, gumy rozpuszczalne...masa frajdy. Nie ukrywam, że to genialny pomysł na kalendarz. A za rok znów go wyciągnę i znów załaduję do każdej kieszonki coś ciekawego, dzieciaki będą miały pełno radochy, a ja również patrząc na nie. Polecam. Może komuś również taki sprezentuję? Zobaczymy.


Kalendarz bierze udział w wyzwaniu Szuflady "Liczby".