13 gru 2014

Sowa - lampa z tykwy

Wszyscy dokoła pytają mnie "Kiedy Ty dziewczyno masz na to czas?" Na "to" czyli na robienie wszystkich tych rzeczy. Odpowiadam, że kiedy dzieci idą spać, albo gdy idą do dziadków, albo po prostu wolnej chwili. Pasja jaką jest rękodzieło, czy to dopracowane do perfekcji, czy to takie jak moje- błądzące w wielu technikach, jest jak magnes. W wolnej chwili odkładasz najczęściej inne przyjemności i zabierasz się za realizację nowego pomysłu. A gdy nie robisz, to myślisz o tym, jak wykorzystać jakiś przedmiot i co nowego stworzyć. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Przy trójce dzieci i różnych obowiązkach bywa, że realizacja jakiegoś pomysłu zajmuje mi kilka miesięcy. A czasem pomysł musi "nabrać mocy urzędowej" jak to się mówi i przeleżakować, abym miała pewność, że na pewno chcę to tak a tak zrobić.
 Tak też było z lampą, którą chcę Wam dziś przedstawić. Tykwę nabyłam na wiosnę, częściowo obrobiłam w lato, ale większość prac wykonałam w wolnych chwilach w ostatnich kilku tygodniach. Ktoś powiedział, że to sowa i tak też nazwałam tę lampę. Nie było to celowe działanie, ale rzeczywiście jak popatrzeć od jednej strony, to przypomina to jakby dwoje wielkich oczu i dziób od sowy. 
Doprawdy nigdy nie sądziłam, że sprzęt taki jak mini-szlifierka stanie się moim narzędziem pracy. Wiele godzin planowania, wiercenia, szlifowania otworków, malowania, lakierowania, wklejania koralików i lampa była prawie gotowa. Szkoda, że choć wielu ludziom podoba się to, co robię, to wielu z nich i tak nie zdaje sobie sprawy jak pracochłonne jest wykonanie choćby takiej lampy, czy jakiegoś wisiorka. Wolą iść do sklepu z chińszczyzną i kupić za grosze jakiś badziew robiony maszynowo bądź niedbale złożony. Cóż. Na szczęście są i tacy, co potrafią docenić rękodzieło.
Na samym końcu zawsze mam problem jak wykończyć taki nietypowy przedmiot. Na szczęście mój mąż okazuje się w sprawach elektryki niezastąpiony. I tym razem pomógł mi stabilnie osadzić lampę i zamontować źródło światła. 
Efekt? Obejrzyjcie galerię. Lampa choć w kilku kolorach, jest mimo wszystko dość stonowana. Całe jej piękno wychodzi dopiero wieczorem gdy na dworze jest ciemno. Najlepszym miejscem dla niej będzie jakiś kącik bądź stolik bez nakrycia w kącie, gdzie będzie mogła wieczorami roztaczać swój niesamowity klimat. Tym razem światło nie tylko wychodzi przez otwory, ale również wzory odbijają się na ziemi i ścianach. Klimat nieziemski. Uroku dodają jej również kolorowe zielone i niebieskie koraliki crackle. Pod lampą tworzy się podwójna gwiazda, a na ścianach... zresztą sami zobaczcie, bo ja już się za bardzo rozpisałam. Niestety pochmurna pogoda nie pozwoliła mi zrobić odpowiednio dobrych zdjęć w dzień i kolory nie do końca dobrze oddają jak ona wygląda "na żywo". 
Inną lampę z tykwy możecie obejrzeć TU.












11 gru 2014

Bałwanki- najlepsi kumple

Witajcie. W ostatnim czasie sporo się działo. Jednak czasu mi brakowało na robienie zdjęć i spędzanie czasu przy blogu. To wszystko spowodowane było częściowo z tego powodu, że przygotowywałam się do kiermaszu, w którym uczestniczyłam w zeszłą niedzielę.

     Zeszła zima nas nie rozpieszczała i u nas śnieg był jedynie kilka dni i do tego jeszcze dzieciaki mi się wtedy pochorowały. Efekt? Ani jazdy na sankach, ani lepienia choćby mikroskopijnego bałwanka. Czekamy z dzieciakami na śnieg i mróz. Oj, super się tak wymrozić na śniegu! Narty, sanki, bałwanki....Ale odeszłam od tematu posta.

      Wracając do bałwanków, przedstawiam wam dwóch kumpli. Zaklinam zimę i ulepiłam bałwanki, a raczej skleiłam. Tak powstali ci oto goście: jeden uśmiechnięty, a drugi nieco zdziwiony, jakby mówił: "O, a tu jeszcze śniegu nie ma? " Ściągnęli swoje garnki- naparstki z głów, podparli się miotłami i ciekawi ich bardzo, gdzie ta zima. Na policzkach wypieki. Czyżby im było za ciepło?

      Co do technicznych spraw, to bałwanki powstały z tykw mini-bottle. Każdy bałwanek zrobiony jest z dwóch tykw i tykwowej podstawki. Dzyndzelek pozostawiłam na górze celowo, bo stanowi taką śmieszną fryzurkę, łapki są z drutu, a w łapkach nakrycie tejże głowy czyli naparstek, a po bokach kabzy (ze śląskiego, czyli kieszenie) no i obowiązkowo miotła oraz guziczki z koralików. 

Bałwanki jak dobrzy kumple okazali się bardzo fotogeniczni zarówno solo jak i na zdjęciu razem, chociaż nie bardzo udało mi się dobrać światło do ztych zdjęć. Zresztą sami zobaczcie: